Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ogród. Pokaż wszystkie posty

18 września 2012

Zaproszenie do rozmowy o jedzeniu i konkurs

Witajcie, dzisiaj chciałam zaprosić Was do konkursu z ekologicznymi pakami od Vegepack.pl do wygrania oraz do rozmowy o jedzeniu. Czy jakość jedzenia ma dla Was znaczenie? Celebrujecie rodzinne posiłki czy każdy siada "w swoim kącie" z talerzem w ręku? Czy w kuchni kierujecie się intuicją, mądrością przekazaną od babć i mam, czy może korzystacie z książek (jakich), poradników, warsztatów, czasopism, portali, blogów, programów TV? Zasady (jakie?) czy spontan? Eko czy konwencja?

vegepack.pl

Często w mailach pytacie mnie "jak żyć" w czasach wyjałowionej żywności oraz jak zapewnić dzieciom jakość- również jedzenia. Ja nie mam na to recepty i uważam, że nie ma tej jedynej- słusznej. Jednak mam kilka zasad, wg których staram się żyć, bez fanatyzmu (!!!). 
    Nie jem mięsa ponieważ nie pozwala mi na to moja wrażliwość. Nie jest to dla mnie  ani ograniczenie, ani forma inwalidztwa /;)/, a mój własny wybór, zgodny z moim sumieniem i poczuciem przyzwoitości. Nie cierpię z tego powodu, po nocach nie śnią mi się kabanosy i mam się dobrze! Staram się, by moja kuchnia była w miarę naturalna, głównie ze względu na dziecko i każdy posiłek jaki obmyślam kieruje mnie do receptur wegańskich; nie znam żadnej innej bardziej bezpiecznej i naturalnej drogi... być może jeszcze za mało wiem, być może kiedyś zmienię zdanie, nie kieruję się przy tym zasadą: wszystko co wegańskie jest dobre. Nie będę się w tym temacie rozwodziła, zainteresowanych wyborami weganizmu odsyłam do obejrzenia filmu „To tylko zwierzęta” (klik)- dokumentu nie o oddalonych od nas farm z USA, ale o naszym polskim piekiełku; forum „wegedzieciak” (klik) o rodzinach wegetariańskich i wegańskich, gdzie znajdziecie dużo praktycznych informacji, nie udzielam się, czasami „podglądam” i cieszę się gdy odnajduję linki do mojego bloga- dziękuję :); wykład o weganizmie G. Yourofskiego (klik)- temat dość szeroko omówiony, choć nie wyczerpująco oraz na najbardziej prawdziwy blog wegański w polskiej blogosferze „Matka weganka i jej dziecko” (klik), to nie mit, to działa i brzmi dumnie :)
W gotowanie wkładam serce, każdy kto mnie zna- wie o tym, nie potrafię  ugotować „cokolwiek”, nie potrafię i nie chcę. Przygotowanie posiłku, jak również jego spożywanie ma dla mnie znaczenie. Recepta na apetyt dziecka? Uśmiechnięta matka i uśmiechnięty ojciec przy wspólnym posiłku, rozmowa, żart. Staram się nie być żandarmem. Jeśli młodej coś nie smakuje lub nie ma ochoty na jedzenie- przyznaję, jest mi przykro- ale zaciskam zęby, choć czasami się nie udaje ;) i nie kalkuluję dziennego spożycia witamin czy minerałów, oceniam cały tydzień. Uważam, że smak to kwestia oswojenia i przyzwyczajenia. Niektóre smaki można oswoić z czasem, inne- nigdy :) Przypominam sobie czasy swojego dzieciństwa, kiedy rodzice czarowali, prosili, przymuszali by zjeść to czy tamto. A przedszkolne koszmary typu sztywna kasza manna z odrzucającą skórką i sokiem, tran, „kakałko” z kożuchem, wątróbka? :) Niektóre- początkowo niejadalne smaki- oswajałam powoli, w niektórych się rozsmakowałam, niektórych nie oswoję nigdy :). Myślę o tym, kiedy córka nie chce czegoś zjeść, trudno, może innym razem?
     Nie karmię dziecka „danonkami” ani krowim mlekiem, śniadaniowa owsianka na mleku /czy też wyciągu ;)/ roślinnym jest naprawdę jadalna, smaczna i daje dużo możliwości; o mleku krowim napisano już wiele, ja- bez rozwlekania się nad tematem- zostawiam je cielakom.

Staram się odżywiać sezonowo i lokalnie. Sama uprawiam wiele warzyw i ziół, więc sezonowość jest mi dobrze znana, jeśli macie z tym problem, korzystajcie z kalendarza warzyw sezonowych, który stworzyła Bea (klik), pamiętajcie też o tym, że warzywa/ owoce w sezonie są najtańsze. Często, gdy jestem w podróży, odwiedzam rolników w poszukiwaniu warzyw, których sama nie uprawiam i które ciężko dostać na bazarze w mojej mieścinie. Lubię z nimi rozmawiać, jednak od kiedy częściej można z nimi pogadać o stosowanych opryskach, ich rodzajach i częstotliwości stosowania niż o odmianach jakie uprawiają- wciągnęłam się w farmerkę na całego :) Po co- pytają niektórzy- skoro marchewkę w sezonie można kupić za 50 groszy? Bo chcę mieć wpływ na to, co wkładam do garnka i nie zastanawiać się ile marchewki jest w marchewce marketowej. Bo praca ogrodowa uszlachetnia, bo lubię oglądać jak warzywa rosną i dojrzewają i wreszcie cieszyć się z owoców własnej pracy:
 strąki zielonego groszku

zielony groszek 


rozsada bobu

bób


 sałata z ogrodu

moje pomidorki

kapucha czerwona


 kalarepki

moje papryki

moje cukinki

korzenie

jarmuż

dyńki 2012

i tak dalej... :)
Korzystam również z roślin dzikorosnących

topinambur

szczaw

pałki 


młoda pokrzywa

Niektórzy się z tego śmieją, ale nauczyłam się z tym żyć :)
Kupuję, tak, też kupuję :) Raz lub dwa razy w miesiącu robię zakupy w znanym wszystkim chyba Evergreenie (klik), pół na pół: konwencja i eko. Chodzę również do marketów, na bazar i do małego sklepiku z ziarnami i przyprawami na wagę. Będąc na zakupach zawsze czytam skład, im uboższy- tym lepiej, warto czasami porównać sobie etykiety ze składem kilku na pozór "takich samych" produktów. Na bazarze kupuję najczęściej od tej samej kobiety, która sprzedaje warzywa własnej produkcji o nieidealnie symetrycznych kształtach ;) resztę kupuję w marketach, bo jest taniej. Sięgam także po banany, pomarańcze, granaty, cytryny czy orzechy kokosowe, nie świruję i nie jestem fanatyczką, przynajmniej staram się nią nie być, uważam, że przesada w każdą stronę nie jest dobra ani dla otoczenia ani dla nas samych. Nie żyję w oderwaniu od innych: męża, który twierdzi, że czekolada go uszczęśliwia ;), babć, dziadków, cioć... moje dziecko zna smak czekolady, batonów czy chipsów, ja to kontroluję, czasami po cichu ;) czasami muszę tupnąć nogą.
Mam dużo książek kulinarnych, ale głównie je kolekcjonuję, rzadko korzystam z cudzych przepisów. Jednymi z pierwszych sensownych książek, z których zaczęły mi wychodzić potrawy jadalne z łatwo dostępnych składników były książki Bożeny Cyran- Żak i choć nie ma w nich kolorowych zdjęć, mam do nich ogromny sentyment. Jeśli jesteście zainteresowani kuchnią naturalną i będziecie mieli sposobność zakupu książek Heidi Swanson, autorki bloga „101 cookbooks” (klik), to również Was do tego namawiam. Ja „Super natural every day" wygrałam w konkursie u Jadłonomii (klik) i miałam o tym napisać przy okazji przetestowania jakiegoś przepisu, ale ciągle mi nie po drodze, sorry Marta!

super natural every day

Co prawda jest masło, cukier, śmietana czy ser, ale można to spokojnie pominąć, jest też wiele inspirujących przepisów na zdrowe potrawy i - znając ogromną popularność przepisów na blogu Heidi- z pewnością również smakowite. Do tego piękne, klimatyczne zdjęcia :)

To właściwie z grubsza wszystko, wybaczcie niespotykaną u mnie wylewność, ale nie potrafiłam napisać o tym w dwóch zdaniach :) Teraz Wasza kolej: zapraszam do rozmowy o jedzeniu, do podzielenia się własnymi doświadczeniami, zwyczajami, może macie jakieś wskazówki, z których skorzystają inni, a ja też poznam trochę Was- odwiedzających mój blog :)
Spośród osób, które wypowiedzą się pod tym postem (na temat!) wylosuję dwie, które będą miały przywilej wyboru ekologicznych produktów ze sklepu Vegepack.pl na kwotę 150 zł :) Przejrzyjcie koniecznie ofertę: jest tam pieczywo, są warzywa, owoce, zioła, kwiaty, jest w czym wybierać :) Ponieważ jest to żywność świeża- zarówno oferta jak i konkurs- są przeznaczone tylko dla Warszawy i okolic. Jeśli ktoś jest spoza stolicy- może ma tam kogoś, komu chciałby zrobić miłą niespodziankę? Na Wasze odpowiedzi czekam przez tydzień, do 25.09.2012 do północy. Proszę wypowiadać się na temat, niekoniecznie tak wylewnie jak ja ;). Zdecydowałam się na losowanie, gdyż obawiam się, że nie będę w stanie obiektywnie wybrać tylko dwie odpowiedzi i żeby uspokoić niektóre sumienia oraz by sprawa była w 100% jasna- nie otrzymałam żadnych profitów z tytułu napisania o Vegepack i zorganizowania konkursu i nie podjęłabym się napisania o żadnych inicjatywach czy produktach, do których nie miałabym przekonania oraz z których sama bym nie skorzystała. To tyle, zapraszam :)


Oceń przepis:

25 października 2011

Świr dyniomaniaka

Dzisiaj chciałam Wam pokazać świra, który się we mnie narodził- świra dyniomaniaka :)

dyniobranie 2011

Tygodnie kwietnia, maja, czerwca i lipca (sierpnia i września również, ale już nie tak intensywnie) w moim  życiu leciały pod znakiem dyń: nasiona w doniczkach, podpisywanie, podlewanie, przykrywanie folią, wynoszenie na balkon, zabieranie, radość z wykiełkowanych roślin, wysadzanie do gruntu, potem produkcja gnojówki z pokrzywy (nazwa nie bez kozery, zapach podły, ale dobroczynny dla roślin) i podlewanie nią roślin, produkcja wywaru skrzypowego (gotowany skrzyp pachnie wspaniale!) i opryski nim, potem radość z pierwszych zawiązanych owoców, następnie smutek spowodowany mocno deszczowym lipcem (lało tak bardzo, że ziemia nie nadążała wciągać wody między kolejnymi bardzo obfitymi opadami, przez wiele dni owoce taplały się albo w wodzie, albo w błocie, straciłam wiele roślin, niektóre owoce nawet jeśli przetrwały, to urosły do rozmiaru połowy tego, jaki przewidują widełki dla danej odmiany), w sierpniu pojawiły się choroby grzybowe, więc znowu zamartwianie się, obrywanie chorych liści i oprysk skrzypowy... ale, jak widzicie "trochę" z tej całej "zabawy" mam :)
Jak to się wszystko zaczęło? Oto przepis, przepis na świra dyniomaniaka :)
W zeszłym roku, zachwycona dynią Hokkaido (Red Kuri, Uchiki Kuri), propagowałam ją na moim stole i na blogu również :) Jednak ta dynia nie kupiła mojej córki nawet w 1%, próbowałam dodawać ją do lubianych dań, mieszałam z innymi dyniowymi odmianami, opowiadałam o zaletach jakie niesie jedzenie dyń, NA NIC!
Postanowiłam jednak powalczyć o przychylność mojej córki do dyń, zwłaszcza gdy przeglądałam wspaniałe zdjęcia i opowieści o dyniowych farmach na blogu Bei (klik), sami przyznajcie, nie da się obok tych wszystkich wspaniałości pozostać obojętnym (SKŁADNIK nr 1- odwiedzić blog Bei).
Odwiedziłam również kilkuhektarową dyniową plantację "Pana Dyni" znajdującej się kilkanaście kilometrów ode mnie i zamarłam! "Jestem w raju"- powiedziałam i usiadłam. "Pan Dynia" uprawia dynie na skalę przemysłową, miał kilka hektarów dyń o różnych kolorach, kształtach i gramaturach.
 u Pana Dyni

Niestety nie znał swoich odmian, po omacku poznałam kilka, zapakował mi kilka skrzynek różnych dyniek /w tym wiele typowo ozdobnych- dla córci/ i tak zaczęłam się rozkręcać w temacie dyniowym (SKŁADNIK nr 2- zobaczyć, jak bardzo różnorodny jest świat dyń: kolory, kształty, wielkości, żebrowania- już sam widok ma pozytywne działanie na człowieka, dynia pod względem różnorodności nie ma konkurencji).
Potem wpadłam w sidła forum o uprawach (nie tylko warzywniczych) i spotkałam podobnych sobie zafascynowanych dyniami ludzi (SKŁADNIK nr 3), od których wiele się nauczyłam i zaczęłam szukać odmian, które można byłoby wypróbować na własnym gruncie (SKŁADNIK nr 4- poznać jak wiele jest odmian dyń o różnym zastosowaniu i zdecydować się tylko na X- naście, - dzieści spośród SETEK!).
Skusiłam się również na zakup książki A. Goldman "The Compleat Squash", która jest swego rodzaju odą na cześć dyń. To chyba najlepsze, najbardziej kompleksowe wydanie w tym temacie ever. Autorka opisała w książce wiele odmian, opisom towarzyszą przepiękne zdjęcia jakby były robione w dyniowym muzeum. Są również podstawowe informacje na temat uprawy, zbioru, przechowywania tych warzyw, jest również garść przepisów. Składnik nr 5- książka Amy Goldman.

Amy Goldman The Compleat Squash

Składnik nr 6- własna uprawa. Praca przy uprawie, podglądanie wzrostu roślin, radość z pierwszych zawiązków i wzrostu owoców, obserwacja wybarwiania się i nareszcie zbiór :)
Oto część z moich zbiorów; ciężko polecić swoje typy, każdy z nas ma inny smak, różne odmiany charakteryzują się innym smakiem (czy raczej posmakiem), różną zwartością i grubością miąższu, różną zawartością pestek i ich wielkością, mają różne gabaryty, różne walory dekoracyjne. Myślę, że warto posiadać różne odmiany i drogą eliminacji wybierać te, które będą nam najbardziej odpowiadały. Aktualnie najbardziej jestem zachwycona odmianami "niebieskimi" (blue); butternutami (konkretnie odmianą "Waltham Butternut") i zjawiskowymi piżmowymi dyniami japońskimi. Przepraszam za nasłonecznione zdjęcia, ale jak złapałam aparat, by cyknąć fotki suszącym się warzywom, świeciło słońce i nie miałam siły, by przenosić je w cień, fotki absolutnie nie oddają uroku tych dyń.
Dynie piżmowe (moschata): Waltham Butternut oraz Sweet Berry:
 
butternut

 Dynie olbrzymie (maxima): Ebisu, Chestnut, Hokkaido, Blue Hokkaido, Yukigeshou:

kabocha

 Dynie olbrzymie bananowe: Pink Jumbo Banana oraz Sibley:

odmiany bananowe

 Dynie olbrzymie "blue": Blue Hubbard, Jarrahdale oraz Triamble:

odmiany blue

Japońskie dynie piżmowe: Hayato, Black Futsu, Chirimen oraz Shishigatani: 

odmiany japońskie

 Światowe dynie piżmowe: Muscade de Provence, Musquee du Maroc oraz Musquee des Caraibes:

odmiany muszkatołowe

Swoją podróż po dyniowym świecie dopisuję do Festiwalu Dyni organizowanego przez Beę :)



Oceń przepis:

6 września 2011

Edamame, zielona soja

Edamame to był mój numer jeden (razem z młodą ciecierzycą) na top liście pt. "do skosztowania". Nigdzie nie mogłam jednak na nią trafić, choć spotykam informacje, że bywa dostępna w sklepach z żywnością azjatycką w postaci mrożonek. Ale co tam mrożonki, postanowiłam posiać soję u siebie i oto jest, zielona, młoda soja, tadam! Tym bardziej jestem zadowolona, że nie przykładałam się zbytnio do jej uprawy, zrobiłam rozsadę, od czasu do czasu podlałam i popieliłam wokół krzaczków, to wszystko :)

edamame

Każdy ze strączków zawiera po 2-3 ziarna, rzadko 4. Przed spożyciem, strąki należy gotować przez kilka minut w osolonej wodzie, a następnie zjadać jako przekąska (niekoniecznie) do zimnego piwa wydłubując ziarenka ze strąków lub dodać je do sałatki czy ukręcić pastę. Młoda soja jest bogata w roślinne białko, witaminy B1, B2 i C oraz błonnik. Ziarenka mają słodki smak z orzechowym aromatem, są pyszne! Córa zajadała, aż miło :)*
informacje na podstawie "Kuchnia japońska" K.Barber
Soję przygotowałam w najprostszy, minimalistyczny sposób, by poznać się z jej smakiem i z całą pewnością mogę powiedzieć, że kupiła mnie całą, od pierwszego ziarna :)
 
Przekąska z młodej soi
 
Składniki
ok 400 g strączków młodej soi
sól
młoda soja

Wykonanie
Strączki płuczę, wrzucam do garnka wypełnionego gotującą się wodą (na tą ilość ok 1,5 l), dorzucam płaską łyżkę soli i od momentu zagotowania gotuję 6 minut (autorka książki, o której wspomniałam, pisze o 3-5 minutach, ja sprawdzając miękkość ziaren wydłużyłam ten czas do 6 min. Wyrzucam na sitko, przelewam zimną wodą, wytrząsam jej nadmiar. Przekładając do miseczki, posypałam ją jeszcze kilkoma słusznymi szczyptami soli.


Oceń przepis:

18 lipca 2011

Zupa cebulowa z portulaką

Znowu nadaję z ogrodu :) O portulace czytałam w wielu książkach o roślinach dzikorosnących, a teraz mam ją w ogrodzie. Ma grube "mięsiste", zaokrąglone listki i czerwone łodygi. Posiada odświeżający cytrynowy smak, przy czym łodygi są bardziej wyraziste w smaku niż liście. Na surowo nie każdemu zasmakuje, pisała o tym Thiessa , która prowadzi niezwykle inspirujący blog "Podróże kulinarne"; moja córa podskubuje listki portulaki na surowo, co mnie bardzo cieszy :). Osobiście nie spotkałam portulaki dzikorosnącej, ale jeśli Wam się poszczęści, koniecznie zabierzcie ją do domu i poeksperymentujcie z jej smakiem, to bardzo odżywcza roślina. Portulaka (na podstawie "Edible Wild Plants. Wild Foods from Dirt to Plate" J.Kallasa) jest bogatym źródłem omega- 3 (największym spośród wszelkich badanych roślin zielonych) i witaminy E (największym spośród wszelkich badanych roślin zielonych); zawartość żelaza w porównywalnej ilości do szpinaku /czyli wcale nie tak dużo, ale jednak ;)/.

portulaka warzywna

Portulakę można spożywać na surowo, smażyć ją, gotować. Niektórzy przygotowują liście i łodygi oddzielnie (te pierwsze np. podobnie jak szpinak, a te drugie np. podobnie jak szparagi), ale jak słusznie napisał J.Kallas, można zrobić kilka ważniejszych rzeczy niż oddzielanie liści od łodyg portulaki :)
Dzisiaj przedstawiam zupę cebulową z portulaką, której za inspirację posłużył przepis S. Brilla z książki "The Wild Vegan Cookbook" (o której szerzej napiszę zapewne niebawem). Brill przyrządza ją tylko z portulaki, cebuli, wina i mleka roślinnego; ja część mleka zastąpiłam bulionem z warzywami, dodałam czosnek, koperek, wino zastąpiłam octem jabłkowym. Zupa wyszła ciekawa w smaku, bardzo orzeźwiająca, idealna na tę porę roku, bardzo polecam.

zupa cebulowa z portulaką


Składniki
(dla 3-4 osób na dwa dni)
2 średnie marchewki
1 mniejsza pietruszka
kawałek selera
3 średnie ziemniaki
sól, pieprz
3 duże cebule
duża garść portulaki (liście i łodygi)
3 łyżki octu jabłkowego
3 łyżki oliwy
3 ząbki czosnku
2 liście laurowe
3 ziarenka ziela angielskiego
2 szklanki mleka sojowego lub innego
garść koperku (robiłam tę zupę dwa razy, za drugim razem dodałam koperek i bardzo mi tu pasował).

Wykonanie
Marchew, pietruszkę, seler i ziemniaki obieram, kroję w kostkę, wrzucam do garnka, zalewam 1,5 l wody, zagotowuję, zmniejszam gaz, przykrywam i gotuję ok 25 min, dorzucając w trakcie gotowania sól (na początek pół łyżki), ziele angielskie i listki laurowe.
W trakcie gotowania warzyw przygotowuję portulakę. Po opłukaniu, warto zanurzyć ją w dużej ilości zimnej wody na kilkanaście minut by oczyścić ją z piachu. Następnie wytrząsam z niej nadmiar wody i kroję (łodygi razem z liśćmi) w odstępach powiedzmy ok 0,5 cm. Na rozgrzany na patelni olej wrzucam cebulę z portulaką i smażę ok 5 min, posypuję szczyptą soli, dodaję ocet, przykrywam i podgrzewam jeszcze ok 3 minut. Przerzucam zawartość patelni do garnka z warzywami, chwilkę podgrzewam, dodaję przeciśnięty przez praskę czosnek i posiekany koperek i wyłączam gaz. Dodaję mleko sojowe, mieszam, doprawiam solą i pieprzem. Gotowe, smacznego !


Oceń przepis:

26 maja 2011

Smażone kwiaty jarmużu

Wegetarianka wsiąkła całkowicie w pracach ogródkowych, a właściwie dyniowych :) Oszałałam absolutnie na punkcie dyń, mam nadzieję, że będę mogła pochwalić się tutaj owocami mojej pracy :)
Kwiatowa akcja Pincake w pełni, miałam wiele planów, nie wszystkie zrealizuję, ale chciałam Wam koniecznie opowiedzieć o kwiatach jarmużu.

kwiaty jarmużu

O jarmużu pisałam tu kilkakrotnie, jeśli macie kawałek ogródka- bardzo polecam uprawę, dla czteroosobowej rodziny wystarczy kilka bardzo niewymagających roślin. Zimą można raczyć się zielonymi (lub fioletowymi) liśćmi wydobytymi spod warstwy śniegu, ja swoich krzaczków niczym nie przykrywałam, przetrwały wszystkie. Gdy śnieg ustąpił odcięłam końce drewnianych łodyg, a wczesną wiosną zaczęły na nowo obrastać młodymi liśćmi.

dwuletni jarmuż

dwuletni jarmuż

Rośliny w drugim roku są ok 2 razy wyższe niż w sezonie poprzednim, ich listki są drobniejsze, a na szczytach pojawiają się kwiaty...

dwuletni jarmuż
dwuletni jarmuż

dużo kwiatów... właściwie tyle co liści, niektórzy mogą być rozczarowani, ale zachęcam do konsumpcji kwiatów, można dodać je do sałatki, szczególnie pyszne są smażone z dodatkiem czosnku, zwłaszcza pączki jeszcze nierozwinięte.

kwiaty jarmużu

Składniki
2- 3 krzaki dwuletniego jarmużu (liście + kwiaty- bez twardych łodyg)
3- 4 łyżki oliwy
3 ząbki czosnku
kilka szczypt soli
+ makaron w ilościach dowolnych /każdy wie ile zje :)/


smażone kwiaty jarmużu
smażone kwiaty jarmużu

Wykonanie
Liście i kwiaty płuczę i wytrząsam z nadmiaru wody, kroję (same kwiaty nie wymagają oczywiście krojenia, ale i kwiaty i liście były zmieszane). Na patelni rozgrzewam oliwę, wrzucam jarmużowe kwiaty i liście i smażę ok 5 minut, wciskam przez praskę czosnek, dorzucam 2-3 szczypty soli i mieszam z makaronem. Smacznego :)

smażone kwiaty jarmużu


Oceń przepis:

1 lutego 2011

Curry z topinambura i szpinaku

Topinambury posadziłam u siebie po skonsumowaniu kilku maleńkich bulw, które zachwyciły mnie swym smakiem. W przeciągu kilku dni pojawiły się zielone łodygi, które odważnie pięły się w górę dochodząc nawet do ok 4 metrów wysokości. Musiałam je w trakcie podwiązywać by wichury nie zniszczyły mojej cennej uprawy. Kwitły bardzo późno (październik- listopad) małymi żółtymi kwiatkami. Poucinałam, a raczej porąbałam łodygi, wczesną zimą wykopałam bulwy. Przyznam, że topinambury okazały się dla mnie niezwykle imponujące, z tak małych sadzeniaków wyrosły ogromne łodygi, a pod ziemią bulwy rozmnożyły się i rozprzestrzeniły również bardzo ekspansywnie. Bulwa- matka rozwinęła korzeń, z którego rozmnożyły się dłuższe pędy, a na ich końcach urodziły nowe warzywa. To co mnie zadziwiło w pozytywny sposób, innym amatorom tego warzywa może przysporzyć kłopotów. Sadzenie topinambura musi się więc odbywać w sposób przemyślany, ze względu na wysokość zieleniny i ekspansywny rozrost korzeni, trzeba mu znaleźć w miarę odosobnione miejsce by nie zagłuszył innych upraw.

bulwy topinambura

Bulwy wykopałam wczesną zimą, wrzucałam je do dużego wiadra przesypując ziemią, następnie wiaderko włożyłam do wykopanego dołu i przykryłam gałęziami świerków, tak zimują. Polecam ten sposób przechowywania nie tylko tych, ale i innych korzeni, cały czas są jak świeżo wykopane.
Kulinarnie topinambur nieco mnie rozczarował, okazało się, że nie jest tak łatwy i przyjemny jak mi się wydawało. Pogryzany na surowo- owszem- ale w niewielkiej ilości i raczej te mniejsze sztuki, są smaczniejsze. W surówkach i sałatkach na surowo nie bardzo mi odpowiada, ani tarkowany ani krojony. Pieczony okazał się paskudny, prawdopodonie wynika to z braku mojej wiedzy, bulwy piekłam wyszorowane bez obierania, wysmarowane oliwą z dodatkiem solidnej dawki czosnku i posolone, nie polecam! Być może należy je najpierw podgotować, nie wiem gdzie tkwił błąd. Za to odkryłam, że frytki z topinambura choć nienajzdrowsze, to całkiem smakowite są :). Dzisiaj danie obiadowe- curry ze szpinakiem- strzał w dziesiątkę i pojawiło się światełko w tunelu, że topinambury mogą być jednak smaczne :)
Jeszcze jedna ważna uwaga, topinambury ze względu na zawartość inuliny mogą powodować reakcje wiatropędne ;) ; czytałam o niwelowaniu tych niedogodności przez dodawanie do gotowania warzyw soku z cytryny i sody, niestety nie znam proporcji.

curry z topinamura i szpinaku

Składniki
(dla 3- 4 osób)
ok 700 g bulw topinambura
ok 400 g mrożonego szpinaku (jeśli świeży podwajamy ilość)
1 puszka mleko kokosowego
ok 1/2 szklanki bulionu warzywnego lub wody
2-3 łyżki soku z cytryny
4 łyżki oliwy/ oleju
po 1/2 łyżeczki zmielonej kolendru i kuminu
1 płaska łyżeczka garam masala
1 czubata łyżeczka przyprawy curry w proszku
ok 10 cm korzenia imbiru
2 ząbki czosnku
1 łyżeczka soli

Wykonanie
Mrożony szpinak rozmrażam. Topinambury porządnie myję, ścinam wszelkie odnogi (w nich kumuluje się piach) i mamy kilka opcji do wyboru: obrać, oskrobać lub wyczyścić szczoteczką, ja wybrałam metodę szczoteczkową: ładnie i szyko się czyszczą i część skórki odchodzi. Kroję je następnie w kilkumilimetrowe kawałki, mieszam z sokiem z cytryny.
Na patelni rozgrzewam olej, wrzucam kolendrę, kumin, curry i garam masalę, smażę na niewielkim ogniu przez kilka minut. Dorzucam starty na dronej tarce imbir, smażę chwilę i wrzucam topinambury, smażę mieszając ok 10 min, dolewam bulion i podgrzewam do wyparowania wody, sypię sól (proponuję najpierw dodać płaską łyżeczkę, potem można doprawić), dodaję mleko kokosowe (przed otworzeniem porządnie wstrząsnąć), mieszam, wrzucam odciśnięty z wody szpinak i trzymam na ogniu kilka minut. Na koniec wciskam przez praskę czosnek i wyłączam gaz. Gotowe, smacznego :)


Oceń przepis: